Film
Mój flirt z kinem rozpoczął się od Muzeum Hansa Klossa. Skąd zaś wzięła się sama fascynacja filmami nie mam pojęcia. Pewnie zawdzięczam ją Kawalerowiczowi, Cybulskiemu czy Henowi, nie pamiętam. W każdym razie po klossomanii postanowiłem zrobić coś swojego. Ponieważ moja wiedza o robieniu filmów stricte była nikła poszedłem do szkoły, konkretnie do Centrum Kształcenia Podyplomowego na Uczelni Łazarskiego w Warszawie na kierunek produkcja filmowa i telewizyjna. Tam poznałem trochę teorii, „wielkich” tej branży jako wykładowców i kinomaniaków takich jak ja.
Marzenia o własnym obrazie jeszcze bardziej się pogłębiły. Zaczęły powstawać pierwsze scenariusze. Wsiadłem od razu na dużego konia, pozyskałem prawa do zekranizowania wspomnień byłego więźnia KL Auschwitz, uczestnika jednej z najbardziej brawurowych ucieczek w historii obozu. Pomysł niestety spalił na panewce dlatego, że był zbyt ambitny i zbyt dużo kosztował. Na dodatek sam wojenny bohater okazał się finalnie hochsztaplerem. Dzięki niemu poznałem jednak Marka Probosza, aktora i reżysera z Hollywood. Tym razem wymyśliłem swoją opowieść i razem stworzyliśmy ciekawy projekt „Bunkier”. Scriptem zachwycił się Monolith ale nie zyskał uznania w PISFie. Znowu zostałem z niczym po roku ciężkiej pracy.
Gdy już chciałem rzucić to wszystko w diabły na horyzoncie pojawił się Radek Markiewicz, młody, zdolny, z nagrodami ale z zupełnie innej bajki. On bardzo chciał reżyserować ja bardzo zrobić film. No i się dogadaliśmy, powstał scenariusz do filmu s-f „Enklawa”. Zainteresował się nim Kino Świat wszak kolejny raz poszło o pieniądze. Siadając do „Gejszy”, która początkowo była „Bramkarzem” tudzież „Pragnieniem nocy” postanowiliśmy sobie, że choćby się paliło i waliło musimy ten tekst zrealizować. To był niestety błąd gdyż nasze zupełnie inne wizje filmu spowodowały późniejszy konflikt na planie.
Różne wizje to różne podejście do obsady, ja wolałem co zrozumiałe obsadę bardziej komercyjną reżyser bardziej artystyczną. Na szczęście w tym temacie doszliśmy szybko do konsensusu. Na Kolosa nie pasował nikt znany choć były takie próby więc postawiliśmy na debiutanta Konrada Eleryka. Marcie Żmudzie Trzebiatowskiej bardzo spodobał się scenariusz i wbrew obiegowym opiniom okazała się miłą, sympatyczną, swojską dziewczyną. Agnieszka Więdłocha podobała nam się obu z innych filmów a Dziędziel i Zbrojewicz to były wybory oczywiste z racji charyzmy jaką mają ci aktorzy. Gdy wszyscy zostali zakontraktowani wydawało się, że nic nam już nie może przeszkodzić w nakręceniu świetnego filmu. Zaczęły się żmudne przygotowania a co za tym idzie powstawały problemy. Eleryk podczas intensywnego treningu miesiąc przed zdjęciami uszkodził sobie łękotkę groziło to tym, że fizycznie nie udźwignie roli. Lekarze w każdy razie nie dawali takiej gwarancji. Musiałem podjąć bardzo trudną decyzję i z perspektywy czasu jej nie żałuję. Sytuacja z wypadkiem Konrada nie wpłynęła na szczęście jakościowo na film.
Wydawało mi się, że producent wykonawczy, który ma szansę robić pierwszy raz pełnometrażową fabułę będzie traktował ją jako szansę dla siebie i będzie gotowy do maksymalnych poświęceń dla wspólnego celu. Tymczasem niezrozumiały opór wobec operatora z zewnątrz, drastyczne oszczędności na każdym kroku i zastępowanie byle pierdoły narzucanym mi z góry barterem pokazały, że jestem w błędzie. W okresie poprzedzającym zdjęcia doszło do kilku niemiłych incydentów z udziałem producenta wykonawczego i reżysera rzutujących niewątpliwie na późniejszą atmosferę. Z tego co wiem od ludzi z branży, są różne rodzaje atmosfery na planie: przyjacielska, da się wytrzymać i wręcz wroga. U nas druga opcja bardzo szybko przeistoczyła się w trzecią. Przyczyn tego było co najmniej kilka, najpierw kolega reżyser zaczął samowolnie zmieniać scenariusz i robić mi na złość jak chciałem żeby wdrażał w życie pierwotnie ustalone sceny potem skonfliktował się z niektórymi członkami ekipy i Agnieszką Więdłochą a na koniec całkowicie z producentem wykonawczym, kierownikiem produkcji i szefem postprodukcji. Początkowo znośna sytuacja zamieniła się w totalną wojnę między poszczególnymi pionami, która trwała do ostatnich dni postprodukcji. Próba wybrnięcia z patowej sytuacji poprzez moją decyzję odsunięcia reżysera od projektu o mało nie zakończyła się zupełną katastrofą w postaci dzieła niepodpisanego i zupełnie niespójnego. Zwykle ludzie pracują nad filmem bo lubią to robić u nas robili to bo musieli. Szczęśliwie wszystko się zakończyło. Problemy w czasie realizacji niestety w filmie wybrzmiały na ekranie i to z podwójną siłą. Recenzenci nie zostawili na nim suchej nitki. Frekwencja była dramatycznie niska ( 6 162 widzów na dzień 15.09.2016 r. Przyp. Aut. ).
Pozostał niesmak i żal. Niesmak wiadomo inaczej wyobrażałem sobie ten film choć nie oceniam go jako zupełną klapę a żal… Nad Wisłą nie robi się praktycznie wcale kina noir a pierwszą takową próbę, eksperyment dziennikarze powitali z niewyobrażalną, hejterską wręcz agresją. Jest to kompletnie niezrozumiałe dla mnie tak samo jak porównywanie niezależnego, niskobudżetowego polskiego filmu do dużej, oskarowej produkcji amerykańskiej. To tak jakby porównywać któryś z naszych piłkarskich klubów z Barceloną! Zero punktów za odwagę, za świeżość, za pomysł, zero za świetne zdjęcia, doskonałą muzykę, oryginalną scenografię zamiast tego same bluzgi. Jeżeli ktoś w swojej recenzji myli kompozytora muzyki z operatorem jest zwykłym hejterem, nie można go nazwać inaczej…
Summa summarum film nie miał szans zaistnieć na topowych festiwalach w kraju i za granicą. Przez Off Camerę został odrzucony chociaż ten festiwal ma tyle z offem wspólnego, co ja z baletem. Nazwa sponsora w nazwie, której świadomie nie podaję mówi wszystko. Do Gdyni już go nie wysyłałem, nie było po co. Pozostały festiwale mniejsze, niszowe Kołobrzeski Festiwal Kina Gatunkowego Suspense, Zielonogórski Festiwal Filmu i Teatru czy cieszyńskie Kino na Granicy. Zupełnie inaczej sprawa się miała z festiwalami za oceanem. Od początku było ogromne zainteresowanie ze strony amerykańskiej Polonii. Kopia DCP dosłownie kursowała tam i z powrotem. Dyrektorzy festiwali pisali, dzwonili, pytali, prosili. W efekcie ,,Gejsza” była wyświetlana w Los Angeles, Seattle i Chicago.
Powyżej napisałem, to co się naprawdę wydarzyło bez żadnego lukrowania. Z tego powodu nie wyprodukuję już pewnie niczego. Napisałem, nie żeby się wyżalić bo mam to w dupie lecz żeby przestrzec ludzi chcących robić filmy w Polsce za własne pieniądze przed naiwnością i idealizmem. Nikt was w branży filmowej tak naprawdę nie chce. Spotkacie się z murem obojętności lub wręcz wrogiego nastawienia, tak jak ja się spotkałem. Długo nie wiedziałem dlaczego naiwnie myśląc, że czym więcej filmów powstaje w Polsce tym lepiej. Otóż nie dla wszystkich! Chory system dotacji powoduje, że wybrani producenci zarabiają na produkcji a nie na sprzedaży tak jak jest to w całym kapitalistycznym świecie i w związku z tym nie są zainteresowani w przeciwieństwie do Was niskim budżetem. Dystrybutorom zaś łatwiej dogadywać się z ,,zarobionymi” niż z tymi którzy dopiero chcą ,,zarobić” ponieważ będą im patrzeć na ręce. Ktoś powie, no dobrze a komedie romantyczne? Wystarczy spojrzeć kto je produkuje z kim i co robił wcześniej. A więc o zdrowych zasadach rynkowych w polskim kinie możecie zapomnieć. Inwestujcie zatem swoje pieniądze gdzie indziej, oto moja dobra rada. Niestety nie mogą tego uczynić polscy podatnicy nad czym szczerze ubolewam.